DZISIAJ to był dla mnie pierwszy dzień wiosny.
Zasnęłam taka spokojna, obudziłam się rozanielona.
Minął okres karencji, a wczoraj to bylo NAJLEPSZE katharsis (prawda?).
Odchorowałam swoje, cierpiałam kilka dni, wciąż rozdrapywałam ledwo zasklepione rany, płakałam nieustannie, trochę histeryzowałam. Ciągle tylko r o z p a m i ę t y w a ł a m.
A teraz widzę inne słońca. Odkąd to, co absolutnie i ze wszechmiar najgorsze włożyłam do czarnej skrzynki i nieodwracalnie ją zatrzasnęłam (nieodwracalnie = genialnie) jest mi dużo lżej. I nie jest to nieznośna lekkość bytu, przed którą można tylko uciekać w zdradę (sabina), bo tu nie ma czego (nawet samej siebie) zdradzać.
Jest mi teraz dobrze. Słodko jak ciastko z kremem, świeżo jak przystało na osiemnastolatkę i lekko jak spienione mleko.
Tak muszą działać antynomie: po ciężarze przychodzi lekkość i to ona jest właściwą wartością. I nikt od niej nie ucieka.
Nie potrzebuję teraz sentymentów, złych wspomnień, przygnębiających retrospekcji. One też wylądowały na dnie zatrzaskowej skrzynki.
Ale przede wszystkim nie potrzebuję: przesadnie zdrowego ROZSĄDKU, TWARDEGO STĄPANIA PO ZIEMI I PATRZENIA NA RZECZY TRZEŹWO.
Przeraża mnie ta nuda.
ps. Nie trudno zgadnąć, że znowu "nieznośna lekkość bytu"?
'Sa inne slonca', a nie mowilam? :)
OdpowiedzUsuń