Stała się rzecz nadzwyczajna. On po prostu zniknął. Najzwyczajniej w świecie spakował manatki i rozpłynął się czasoprzestrzeni. Książę z Bajki już nie istnieje.
Jego nie tak dawne zapewnienia, że mnie tak bardzo kocha i na zawsze będzie, że jestem jego ulubioną osobą, blablabla są już nieaktualne.
Książę z Bajki już nie istnieje. Jego ewaporyzacja nadszarpnęła oblicze J – tak samo z zewnątrz jak i wewnątrz, ale ta druga zmiana jest kolosalna. Bo co tam, te włosy, te pozbawione wyrazu uśmiech i oczy. Co tam ten sweter, te spodnie, ta kurtka. Co tam!
TEN nowy chłopak, po 4 tygodniowej metamorfozie jest najnowsza maskotką trójmiejskiego światka. Sposób jego mówienia i sposób jego zachowania, jego postawa, jego słownictwo, jego ogłada – on ujęty w wymiarze kompleksowym to absolutna nowość.
Książę z Bajki należał do mojego świata, od TEGO chłopaka dzielą mnie miliony kilometrów, wizji, priorytetów i zainteresowań. Z NIM nie potrafiłabym umówić się na kawę, nie pozwoliłabym mu masować moich stóp po studniówce, nie zjadłabym z NIM tortu bezowego czekając na kolejkę. ON nigdy nie zaproponowałby mi białego wina z sokiem grejpfrutowym, nie zadzwonił z pytaniem „hej skarbie, jak się czujesz?”. Nie wyobrażam sobie wspólnych zakupów w Almie i wspólnego gotowania później. ON nie wybrałby się w daleką podróż do ukochanej w ciemną, mroźną zimową noc. ON nie obierałby dla mnie pomarańczy każdego ranka, nie wyciskał soku z cytryny wieczorem, nie przynosił kawy do łazienki. ON nie nosiłby mnie na rękach, nie rozpieszczał całusami w to słodkie miejsce tuż pod włosami na karku, ani nawet nie trzymałby mnie za rękę. ON nigdy nie potrzebowałby mojego dotyku. Takie bzdury przeznaczone są przecież dla nadwrażliwych. Tydzień pod jednym dachem mógłby przerodzić się w najgorszy koszmar, więc nie wybralibyśmy się razem do Mediolanu. Spacer po ul. Polskiej mógłby uznać za niewartą uwagi fanaberię. Przywożąc mu do szkoły muffina i całusa czułabym się jak kretynka.
Właściwie czułam się jak kretynka – w sobotę piłam latte w stałym miejscu. To było dużo silniejsze ode mnie, nogi same mnie tam doprowadziły, nie mogłam nad sobą zapanować. Chociaż mleko spienione było doskonale, spotkało mnie wielkie rozczarowanie, a wieczorem dostałam w głowę OBUCHEM. Bo ten chłopak, którego wyglądałam w stałym miejscu, przypominał troszkę Księcia, ale był kimś zupełnie nowym, nie znanym mi, jednym z miliona klonów.
Wciąż zadaje sobie to pytanie, ono mną zawładnęło bez reszty, wciąż kłębi się w mojej główce, wciąż tam tkwi i puka, czasem jęczy, skomle i popiskuje. Błaga o odpowiedź na sakramentalne pytanie – gdzie leży prawda, a gzie, do diabła!, zaczyna się gra?!
Wizerunek Księcia wita mnie każdego dnia; on ze zdjęcia zerka na mnie kiedy ubieram się i rozbieram, kiedy czytam, kiedy robię w swoim pokoju cokolwiek. M powiedziała, że najlepiej będzie, jeżeli oprawimy tylko moje zdjęcie, bo przecież Księcia już nie ma?
Książę nigdy nie mógł zrozumieć, co to znaczy być KOGUCIKIEM, dopóki pod płaszczykiem jego powierzchowności nie schował się jeden z nich. Jedynie z zewnątrz przypomina Księcia w jakiś tam sposób, ale każdy wie o tym doskonale – to już nie jest Książę.
Byłam jego ulubioną osobą, szkoda, że zniknął, ale znikanie bywa lepsze niż udawanie, że jest tak, jak było dawniej.
Moja śliczna,mądra i niezwykle dojrzała dziewczynka ;))
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń