26 lutego 2010

Meret

Przedstawiłyśmy się sobie, ale nie dosłyszałam jej imienia. Nawet, kiedy powtórzyła je kilkakrotnie. Jej charakter pisma przypomina KULFONY stawiane przez 9-letniego piłkarza szkolnej drużyny, dlatego na nic zdała się moja prośba: Could you please write it down?
W niedzielę Meret zamieszkała tuż za ścianą. To zupełnie zabawne mieć ją za sąsiadkę. Jej drzwi do pokoju są ustawicznie otwarte na oścież. Jej łóżko wciąż sunie po podłodze. - Nie mam problemów ze snem od przeszło dwu lat, dlaczego wróciły tutaj? To musi być wina tego przeklętego lit! Zupełnie nie pasuje do niej ojczysty język szwajcarsko-niemiecki, nie mogę znieść jego brzmienia w jej ustach! Wciąż zapomina czegoś z pokoju, wraca kilkakrotnie po aparat, portfel albo szminkę.
To ten typ dziewczyny, który nie zwraca na siebie uwagi w nachalny sposób, ale po kilku chwilach można dostrzec, że owszem, jest więcej niż całkiem ładna, ależ ona jest ładna, och, śliczna! Zanim zobaczyłam mnóstwo kosmetyków w jej pokoju, myślałam, że nie maluje się wcale. Ale – moment! – zielone oczy okalają rzęsy pogrubione maskarą, a czarna kredka wydobywa ich butelkowy odcień. Beżowy podkład wyrównuje kolor cery, różane rumieńce nie są dziełem natury. Idealny kształt brwi podkreśla ołówek.
Po kilku lampkach czerwonego wina przyznała się, jak bardzo rozczuliłam ją w niedzielę. –I. Zapukała do mnie i przyniosła to urządzenie o robienia kawy, wiecie, o co chodzi? Nie znam angielskiego słowa. Czułam się taka samotna, a ona od razu przybiegła w sukurs!
Następnego wieczora Meret zapukała o moich drzwi. – To są te ciastka, o których ci mówiłam. Są niewiarygodne. Wspominałaś, że przepadasz za bonne maman? Siedząc na łóżku, pogryzając czekoladowe i karmelowe tartaletts, lawirowałyśmy między tematami, nastrojami, wzruszając się i śmiejąc, żartując i mówiąc całkiem poważnie.
Nie znamy się prawie wcale, a dogadujemy świetnie. Ona opowiadała mi o swoich przyjaciołach, ale kompletnie nie znam środowiska, w którym dorastała, które ją ukształtowało. Wiem o niej tyle, ile mi powiedziała, żadnych plotek, wstydliwych perypetii, tzw. opinii. Ale czy naprawdę tego potrzebuję? Narysowała mi swój portret w taki sposób, w jaki chciałaby, żeby ją widziano. – To jest właśnie niesamowite. Tak daleko od domu, możesz być kim chcesz.
Ten problem męczy mnie od dawna: czy jesteśmy tym, co myślimy o sobie sami, czy inni wiedzą o nas więcej? Gdzie leży prawda: między NIMI czy w NAS?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz