17 lutego 2010

14 lutego, starbucks

Sa takie rzeczy, ktorych stalosc i niezmienialnosc wzruszaja:
sluchanie w paryzu piosenek z paryzem w tytule,
sniadanie z widokiem na wieze eiffela,
komplementy po francusku,
grande latte ecreme w sloneczne niedzielne popludnie.
Czekam w starbucksie na sens i przychodza mi do glowy rzczy, ktore chociaz stale, wcale nie sa najslodsze.
Ot - walentynki.
Od zawsze w towarzystie niezawodnej M. Ten rok przyniosl z kolei paradoks na skale dziejowa - oto spedzam walentynki SAMA w miescie milosci.
Minal tydzien, kiedy tu jestem. Witryny patisseries uginaja sie pod ciezarem wypiekow w ksztalcie serc i serduszek. Cukiernicy oddali sie swietu milosci bez reszty: ich wyroby sa kunsztowne, perfekcyjne w najdrobniejszych niuansach. Miniaturowe dziela sztuki.
Wszedzie serca, serca, serca. Moje serce tez tutaj, bowiem od dnia narodzin ciazy nade mna fatum: samotne walentyki.
18 lat to wystarczajaco, zeby nauczyc nie slucic sie, nie wzdychac ciezko na widok zakochanych: 14 lutego otoczyc sie pancerzem i spedzic dzien zakochanych w pojedynke.
(Kiedy kochasz siebie z wzajemnoscia to zaden problem!)
Wkladasz nowe ubrania, do torby wrzucasz ksiazke i metrem jedziesz na bulwar st-germain.
Potem moze kino? Tak, to swietny pomysl!
Co prawda nie masz z kim podzielic sie wrazeniami i nikt nie wytlumaczy ci problematycznych watko, ale co z tego?
Na kolacje wybierasz sie w okolice wiezy eiffela.
Twoja ulubiona, sprawdzona restauracja jest jak wisienka na torcie.
To jest paryz, kochanie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz