10 lutego 2010

dzień pierwszy

Dopiero, gdy zmyłam makijaż zobaczyłam to całe zmęczenie: pobudkę o 2., targanie stukilowego bagażu, wizytę w szkole, rozpakowywanie.
Kuchnię tutaj zaprojektowano dla liliputów. Apetyt trzeba mieć jak u liliputa, naczyń używać tyle, ile zwykły używać liliput. Dwa małe palniki, zlew, który mieści szklankę i kubek. A obok – jak niespodzianka – wyłania się wehikuł czasu. Nie przewidziano tu miejsca dla osób z nadwagą, nawet najlżejszą.
Dostałam przyjemny apartament z balkonem, olbrzymim lustrem i wsadzoną prysznicową kabiną, która do złudzenia przypomina wehikuł czasu. Najsmutniejszy jest brak Internetu. Po dwukrotnym obrocie klucza w drzwiach jestem zamknięta w pokoju bez dostępu do zewnątrz. Przesadzam, bynajmniej.
Trafiłam do ciasnej, tłocznej internetowej kafejki. Jedno z tych miejsc, którego zapach i atmosfera jest niespotykana i zapada głęboko w pamięć. Nie mogłam korzystać z własnego laptopa, który waży tyle, co półroczny bobas. Komputerowi, który przypadł mi w udziale, brakowało siódmej klepki i skype’a. Napisanie maila to bieg z przeszkodami – nie znoszę francuskiej klawiatury!
Staram się pielęgnować swoje zwyczaje i przyzwyczajenia – podobno bez nich człowiek dziczeje.
Na krześle, które zaadoptowałam do roli nocnego stolika (zanim zdjęłam futro, poprzesuwałam trochę sprzętów – robię to za każdym razem. Porządkuję wszystkie drobiazgi. Niepotrzebne chowam do szafek, potrzebnymi się otaczam) czeka szklanka wody z cytryną. Na twarzy maseczka głęboko nawilża moją skórę. Całe ciało delektuje się balsamem.
W wielkim mieście można poczuć się naprawdę samotnym. Każdy spieszy gdzieś, gdzieś, ktoś na kogoś czeka, ktoś jest już spóźniony. Rozmawia przez telefon z ukochanym, pali papierosa, zaśmiewa się. Tuli ukochaną do piersi. Na złamanie karku pędzi z bukietem owiniętym w szeleszczący papier. Umawia się na spotkanie, ustala godzinę i miejsce. Wszyscy planują albo mają już zaplanowane.
Ja mam na palcu złoty pierścionek od J., który czeka na mnie daleko, daleko stąd. Ile razy spojrzę na serdeczny palec lewej ręki, do serca wlewa mi się miód, czuję na sobie ciepły oddech i usta, które szukają moich. – On teraz jest daleko, ale przecież przyjechał do mnie pół roku temu. Dlatego, że przyjechał wtedy nie uschłam z samotności. Tłumaczę to sobie: odpoczywamy od siebie, zaczynamy coraz bardziej kochać. Tak na pewno jest lepiej. Tak na pewno miało być. Zaraz potem przypominam sobie, jaką on dobra parzy kawę rano, jak dobrze ona smakowała w lipcu. Uwielbiałam, gdy gotował dla mnie, on tak dobrze gotuje. Uwielbiałam, gdy kieliszek wina na zawracał mi w głowie. Jestem przekonana, że nasze wspomnienia są niepowtarzalne.
Mam tutaj tyle do zrobienia: niedziela w Marais, Pompidou, St-Germain, Musee de Quai Branly, pchle targi (nie tylko w St-Ouen), bulwary Hausmanna, Montparnasse, Montmarte, plac przy Operze, Trocadero i moja ukochana wieża Eiffela. Jest tyle miejsc, tyle miejsc do odwiedzenia znów!
Jakie to sentymentalne, jaka ckliwa przebija przez to nuta. Och, to po prostu pierwszy dzień!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz