12 listopada 2009

Infekcja

Wkładanie cienkich kardiganów i zamszowych balerin nie wyszło mi na dobre. Dzień, w którym zostałam zainfekowana otoczę w kalendarzu czerwonym kółkiem - to dzień, w którym nastała era ciepłych swetrów, wełnianych szalików, czapek, rękawiczek i tych wszystkich innych zimowych gadżetów, o których czasem wolałabym nie pamiętac.
(Jakie to latem jest proste - wychodząc pamiętam tylko o swojej torebce, nie martwię się tym, ile mam na sobie warstw i czy zmarznę. Nie stoję przed dylematem: lepiej wyglądac czy czuc się ciepło? Latem jest mi ciepło na zewnątrz i wewnątrz. Nie szukam kaloryferów, nie przyklejam się do nich, nie ogrzewam sinych, zmarzniętych dłoni.)

Chociaż to tylko infekcja gardła czuję się koszmarnie źle. Staram się jak najmniej forsować się przy zrobieniu czegokolwiek. Prowadzę ekonomiczny rachunek zysków i strat każdego wykonanego ruchu. Nie jest to oczywiście proste, ale chorowac nie jest przeciez łatwo i przyjemnie.
I wszystko jest byle jakie. Na niczym mi nie zależy, żeby było perfekcyjne. Ogromna szara bluza daje mi poczucie komfortu i pożądane ciepło.

Syrop, kolorowe tabletki, pastylki i spray - od wszystkich pomocniczych substancji oczekuję CUDU, bo czy istnieje coś gorszego od choroby w czasie weekendu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz