Tuż po oczy zwilgotniały samoistnie. Zaczęłam zapewniać J jak bardzo go kocham, jak bardzo, jak bardzo, jak bardzo. Oboje czuliśmy się osobliwie w samych środku tej sytuacji.
Nie dogadujemy się ostatnio najlepiej. Nie spotykamy się na wielu płaszczyznach.
Nie dryfuję w smutku, choć z utęsknieniem wspominam stary porządek - perfekcyjny i nieskazitelny.
Teraz, gdy przyjmuję ton tak markotny i zrezygnowany, znajduję J obok siebie. On wciąż mi przeszkadza, wciąż przerywa, ale w dobrym znaczeniu.
Ciągle zadaje mi mnóstwo pytań, o to i o tamto, o rzeczy kompletnie abstrakcyjne lub osadzone głęboko w realiach rzeczywitości.
Wtem, jak z pudełka z niespodzianką, pojawił się on z tym nadzwyczajnym zjawiskiem w dłoniach, uosobieniem CUDOWNOŚCI. Raz po raz opróżniamy karmelowe haagen-dazsy, łyżeczka za łyżeczkę jest ich mniej i mniej (to przez niedopatrzenie Stwórcy, czerwono-czarno-złoty kubek powinien być niewyczerpany. Haagen-dazsy bez dna to to samo co gwiazdka z nieba).
W nich jest coś magicznego, kremowa konsystencja odgania największe smutki, żegna marazm, mówi do widzenia troskom. Odżywiają kompleksowo ciało i duszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz