Otworzyłam oczy. NASŁUCHIWAŁAM.
Mieszkanie było puste. Te wszystkie dźwięki - szuranie, chrobotanie, stukanie- musiały byc dziełem kotów.
Tylko ja jestem dzisiaj szczęściarą i mam day-off.
Kiedyś moje życie poukładane było w zgoła inny sposób. Zgodnie z tym starym porządkiem uwielbiałam samotne poranki.
Popiłam kawę małymi łyczkami, czule obejmując ciepłą filiżankę i tuląc ją do siebie. Wertowałam stare magazyny, wyglądałam przez okna, stałam przed szafą zastanawiając się co włożyć.
Po cichu i powoli pielęgnowałam swoją samotność.
Najgorsze było jednak śniadanie. Z czasem straciłam ochotę na staranne składanie serwetki i stawianie na stole tulipanów - nawet najsłodsze ze śniadań nie było w stanie zrekompensowac braku KOGOKOLWIEK.
Stary porządek runął i nie będę udawać, że stare było lepsze, nie powiem nawet, że było dobre.
Zanim zjadłam śniadanie sama, J zapukał do drzwi.
Jedliśmy. Rozmawialiśmy.
A potem zaczęliśmy się kochac.
Czy któraś z tych wyemancypowanych misjonarek samotności jest w stanie konkurować z TYM PORZĄDKIEM?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz