Nigdy wcześniej nie jechałam tak dusznym pociągiem.
Jesteśmy jak zamknięci w puszce kondensowanego mleka postawionej na wolnym ogniu, tak żeby ugotować kajmak. Jakkolwiek słodko może to brzmieć, wcale takie nie jest.
Nasz przedział został okupiony przez cztery niemożliwie męczące turystki, te z rodzaju: "jadąc na wczasy w damskim gronie w domach zostawiamy pozy, maski, wszystkie sztuczności i nienaturalności". Ich usta się nie zamykały- na zmianę pałaszowały prowiant, rozkosznie śmiały się z głupawych żartów i trajkotały, szczebiotały, zwyczajnie strzępiły swoje języki. Zwykle nie ma w tym nic złego, ale teraz, gdy powolutku zamieniam się w płynną, karmelową masę po prostu nie mogę tego znieść.
To jest właśnie powód, dla którego wybraliśmy wagon restauracyjny. Przynajmniej zachodzi tu rotacja jeżeli chodzi o towarzystwo, trudno kimkolwiek się znudzić. "Szanowni Goście" (jak głosi napis przy jadłospisie działają niezawodnie, jak trybiki w maszynie: zamawiają posiłek-dostają posiłek-pochłaniają posiłek-dziękują za posiłek-wracają do swoich walizek.
Panujący tu hałas uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę (krótka pogawędka jest niemożliwa), tak więc nie dochodzą mnie żadne głosy. Oprócz usypiającego stukotu pociągu (nieprzerwane stuk-tuk-stuk-tuk przez 5 godzin 40 minut) nic nie drażni moich uszu.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że wyglądam na taką zmarnowaną i zmęczoną i znudzoną i może nawet zblazowaną, ale wciąż bezpardonowo przyglądam się tym łakomczuchom. Nie mogę się wyjść z podziwu, że w takiej temperaturze apetyt ich nie opuszcza.
Ja najchętniej położyłabym się na wąskim stole, o który opieram się łokciami i usnęła. Ale to niestety niemożliwe.
Strażnik jadłospisu, nadzwyczaj fałszywy w swej uprzejmości kantyniarz wciąż mierzy nas wzrokiem. Nie przestaje się nam przyglądać, obserwować, śledzic każdy nasz ruch.
Skoro zna przepis zabraniający korzystania z laptopa (-Wagon restauracyjny służy do konsumpcji), to tym bardziej zna taki, który narzuca bezsenność. Każdy zna takich typów wyjętych prosto z lat 80., siwych wąsaczy, których wciąż gęste, falujące włosy zaczesywane są do tyłu. Brakowało mu tylko dobrych zamszowych mokasynów. Ale podejrzewam, że nie włożył ich ze względu na surowe przepisy.
Co tu robic, co tu robic?
Nie mogę się skupic, nie mogę się ruszyć, nie mam ochoty na nic.
A teraz, zupełnie niespodziewanie dopadł mnie głód (on zawsze działa przez zaskoczenie, więc to żadne odkrycie). Dosłownie czuję jak mój żołądek kurczy się, a zbawienny stukot pociągu (stuk-tuk-stuk-tuk) ucisza marsz moich kiszek.
Do stanu ciała i ducha opisanego przez cztery Z (zmarnowana i zmęczona i znudzona i może nawet zblazowana) dochodzi łaknienie i mam w tym momencie dziwne, ale nieodparte wrażenie, że spędzamy w tym pociągu wieczność, że jesteśmy tu już wieczność i spędzimy tutaj wieczność. A koniec podróży zdaje się byc tak nieosiągalny, jak uciekający królik: wciąż się oddalający i oddalający, aż w końcu znika za linią horyzontu i przestaje istnieć, a pociąg stopniowa spowalnia swój bieg i w końcu staje na kompletnym pustkowiu.
Co za makabryczna wizja!
A w powietrzu unosi się ten okropny zapach: smażone mięso plus smażone jajka plus ketchup plus kanapki z serem. Kolejowe menu a la carte- ohyda!
W ostateczności, gdybym w portfelu miała kilka polskich monet zdecydowałabym się na coś, na młot albo na kowadło. Niestety moje środki to jedyne dwa euro.
Nie usłyszę od fałszywego kantyniarza fałszywego smacznego, fałszywego proszę, fałszywego najuprzejmiej dziękuję. Żadnych fałszywie uprzejmych słów kluczy.Wielka szkoda.
Skoro nie mogę zasnąć ani się posilić, nie mam też siły na cokolwiek, staram się zawiesic na czymś wzrok. Wkładam w to mnóstwo wysiłku, wykorzystuję pozostałe zapasy energii, ale wszystko na nic- nie znajduję nic ładnego, na co mogę patrzeć z przyjemnością.
Posadzka starta nieskończoną ilością podeszw i obcasów, musztardowe zasłonki, imitująca boazerię wykładzina na ścianach, sztywne obrusy w kolorze bananowego soku, oszczędne w rozmiarze i komforcie stołki w kolorze rozcieńczonej zupy grzybowej. Nie znajduję tutaj nic ładnego.
A teraz ten pospolity facet! Usiadł przy kolejnym stole, twarzą do mnie. Cienka kawę zagryza waflem w czekoladzie. wafel w czekoladzie popija cienką kawą. Rozgląda się dookoła-niepotrzebnie!-patrzę właśnie na ciebie i piszę właśnie o tobie.
On ma taką obłą,poszarzałą twarz,takie małe uszka,takie rybie oczka. Duże zakola i gęste brwi w kolorze blond. Policzki wypchane tym, co odwinął ze złoto-czerwonej folii.
Oblicze kompletnie pozbawione wyrazu. Jedna z tych twarzy, które widzimy codziennie i ich nie zapamiętujemy; które wyglądają tak samo, tak samo, tak samo po stokroć!
Och, co za nuda!
Jednak da się ciekawie opisać nudę...
OdpowiedzUsuń