6 czerwca 2009

Pretensjo-grymasy i dąso-fumy

Nie mogę, NIE MOGĘ uwierzyć w to, co się właśnie stało: M zrobiła ze mnie potwora, którego najlepiej opisują słowa: rozpieszczony i niewdzięczny. Ach! Zapomniałabym o braku szacunku, który przylgnął do mnie niczym druga skóra.
Teraz już zupełnie nie wiem co o tym myśleć, a w głowie mam mętlik i straaszny kocioł.
Nie czuję się winna, ani trochę! Ot zapytałam, czy kino to dobre miejsce na ucinanie sobie tego typu pogawędek:
- Wiesz może gdzie jest ta sukienka na fiszbinach, no wiesz - mała czarna, którą miałaś na balu kończącym gimnazjum; B chciała pożyczyć ją dla córki".
(Nie wspomnę o tym, że na ekranie Russel Crowe skradał się jak kot, prawdę powiedziawszy jak olbrzymi KOCUR, by uciec przed mordercą -żołnierzem-fanatykiem, którego zaprogramowano na zabijanie i tylko to mu w głowie).
Wracając do tematu A- kiedy M zadała mi to niefortunne pytanie, sprzed moich oczu zniknął już zabójca, Russel Crowe schował się na dobre, a ich miejsce zajęła pewna dżinsowa kurtka.
To bardzo ważne dla tematu A - sprawa dżinsowej kurtki z powodu której niedawno rozpaczałam.
Jej dzieje sięgają podstawówki, a w jednym z magazynów widziałam młodziutką dziewczynę ubraną w kurtkę łudząco podobną do mojej.
Zapytałam więc M, czy może wie, gdzie ta kurtka się podziewa? (M ma bowiem zamontowany w głowie radar: wie, gdzie co jest, w której szafie, na której półce, w którym pojemniku. Chociaż nasze mieszkanko nie grzeszy wielkością, ten detektor to prawdziwy cud techniki!).
Pech chciał, że M wiedziała - dżinsowa kurtka została usunięta z domu z powodu braku miejsca i przestrzeni. (Raz na jakiś czas miewa bowiem te manie: pakuje ciuchy w worki i w przypływie dobroci oddaje koleżankom dla swoich pociech - farciary!)

O nie! O nie! O nie!
Zostawmy już ta nieszczęsną katanę!
Nie pozwolę, o nie!, żeby ta sukienka, the little black dress, w której (pamiętam to jeszcze dzisiaj!) czułam dreszcz podniecenia i byłam 16-latenia BOGINIĄ, została usunięta w ten sam sposób. Nie pozwolę na to!
Dlatego, gdy powróciły zmysły, zadałam M to nad wyraz pechowe pytanie:
- Mamo, czy kino to naprawdę odpowiednie miejsce na takie rozmowy?

I oto zaczął się cały ambaras. Aż do napisów końcówych, mięśnie na Jej twarzy były napięte do granic niemożliwości, żadnych czułości, koniec pogaduszek, szeptów, zero reakcji! W kinie byłam w zasadzie sama.
Dopiero później w samochodzie podniósł się krzyk, wrzawa, bóg jeden wie, co za afera!
Rozpakowując w domu zakupy uroniłam kilka łez skwitowanych krótkim:
- Nie widzę sensu w twoim płakaniu.
(Jak ja doskonale znam te słowa, jak ja ich szczerze nienawidzę!)

A teraz jest już lepiej, o niebo lepiej (czasami po prostu dobrze jest posiedzieć w pokoju przed monitorem)!
Idę tam - rozprawię się z pretensjo-grymasami i dąso-fumami M. (Zawsze zastanawia mnie dlaczego tylko i wyłącznie ja padam ich ofiarą?!)

***(dopisane 3 minutki później)
Problem wygląda na poważniejszy niż przypuszczałam.
M zrobiła sobie kanapki SAMA, a dobrze wiem, że uwielbia MOJE kanapeczki (zawsze powtarza, że zdobędę nimi serce swojego mężczyzny).
Żadne fraszki-igraszki, ale sprawa jest poważna i delikatna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz