Uwielbiam to miejsce - półki uginają się pod ciężarem dobrych, starannie wyselekcjonowanych książek, w powietrzu unosi się zapach kawy i herbaty - rozkoszny spokój.
Dwie zaaferowane kobiety najwyraźniej relacjonują coś niezwykle ważnego. Trudno mi dokładnie powiedzieć o czym perorują, wszystko pozostaje w sferze domysłów, ich przytłumione głosy robią swoje. Nieśmiałe chichoty równoważy przesadna gestykulacja.
- Powiedziałaś to tak rzeczowo, wtedy myślałam, że nie ma żadnej furtki. Postawiłaś mnie przed faktem dokonanym!
Aha! Wcale nie jest tak sielankowo jak widziałam to na początku; delikatna sugestia, że jedna ma żal do drugiej, że coś jest na rzeczy, że nie do końca jej to przypadło do gustu.
Nie doszło jednak do konfliktu, sprawa została zamknięta: starsza blondynka przeprosiła młodszą brunetkę. Nachyliły się ku sobie, chyba nawet usiadły obok siebie na sofie. Przełamały barierę, zmniejszyły dystans.
Około godziny 20. wyszły z kawiarni razem, trzymając się pod rękę. Chyba na dobre wróciły stare czasy.
Książę z Bajki wrócił z niebytu. Wrócił to za dużo powiedziane, bo gdyby tak, to siedziałby teraz ze mną, ale nie odważę się narzekac.
To dla mnie takie typowe - nie najlepszą sytuację przedstawiam w taki sposób, że wydaje się gorszą niż była w rzeczywistości. Z perspektywy czasu (3 dni) wtorek nie był AŻ TAKIM FATALNY jak go opisałam. Nie wspomniałam przecież o tylu rzeczach! Na przykład o tym, że Książę zaproponował mi rolę modelki w swojej fotograficznej sesji. Temat: fashion, miejsce: sopocki spatif.
- Masz specjalne życzenia co do mojego wyglądu? No wiesz jakiś pomysł, do którego mogłabym się odnieść?
- Nie, ale przecież ty zawsze wyglądasz dobrze, więc w czym problem?
I tu zaczęły się schody. Skoro z takiego wychodzi założenia, to tym razem nie mogę go zawieść! Fundamentalna zasada przez lata powtarzana przez M: żadne eksperymenty nie wchodzą w grę!
Nie spędzam się ile czasu spędziłam przed lustrem i jak wiele kosztowała mnie filtracja szafy, by w końcu zdecydować się na niezawodna klasykę:
- biały top (kluczowa pozycja w szafie)
- czarna marynarka z podwiniętymi rękawami (jest taka stylowa!)
- niebieskie dżinsy (nie mogłam przecież wyglądac zbyt poważnie)
- baletki (niezobowiązujące, co równe się idealne na ta okazję)
- złote dodatki (wisienka na torcie!).
Efekt zachwycił wszystkich i prawdę powiedziawszy był piorunujący!
Książę przywitał mnie słowami, że wyglądam cudownie. Och, czy w tamtym momencie potrzebowałam czegoś więcej?
Przez całe wieki (18 lat) nie przepadałam za pozowaniem do zdjęć. Tak bardzo czułam się skrępowana na przeciwko wycelowanego w moja stronę obiektywu! Był zupełnie jak magiczna różdżka odbierająca mi pewność siebie, naturalność i swobodę. Niemożliwością było dla mnie wyglądac naturalnie będąc w centrum zainteresowania. Jestem pewna, że za każdym razem w konfrontacji z obiektywem (bez względu na miarę jego profesjonalizmu i rozmiar), moje policzki oblewały się płomiennym rumieńcem.
Nie chodzi tylko o zdjęcia robione ze znajomymi przez znajomych. nawet u profesjonalnego fotografa nie czułam się do końca komfortowo. Wciąż słyszałam: "więcej uśmiechu, no, ale proszę, niech się pani troszkę uśmiechnie, dlaczego jest pani taka smutna?, nie chcemy takich ponurych zdjęć!". Obdarzałam wówczas fotografa najnieszczerszym uśmiechem na jaki tylko było mnie stac, a po kilku dniach odbierając zdjęcia zastanawiałam się dlaczego kolejny raz nie ćwiczyłam wyrazu twarzy przed lustrem (podobno trening czyni mistrza), dlaczego znowu wykrzywiłam usta w nieatrakcyjnym grymasie naśladującym uśmiech.
Dzisiaj tamten czas nazywam już przeszłością. Wiedziałam, że wyglądam dobrze, wiedziałam, że podobam się Księciowi, że dziewczyny w szkole były zachwycone. Oprócz Gwiazdeczki, ale to przecież cała ona! Nigdy nie powie, że wyglądasz dobrze, ale jest pierwszą osoba od której usłyszysz: - Kochana, co się stało? Dlaczego tak wyglądasz? Nie spałaś całą noc?
Jednak jej zdanie nie ma dla mnie żadnej wartości. Patrząc w lustro mogłam śmiało i z pełnym przekonaniem powiedzieć:
- Hello gorgeous!
Pierwsza w życiu sesja fotograficzna to było skierowane w moja stronę uwielbienie tych kilku mężczyzn z aparatami. Zaczarował mnie dźwięk migawki i ten moment, tuż przed zdjęciem, kiedy obiektyw wydaje krótkie sygnały, takie: pyk-pyk-zaraz-będę-gotowy.
Fotografia zdaje się byc tak prosta. Ot, kosztowny aparat, kilka gadżetów i naprzód! Efekt jest co prawda natychmiastowy: na małym ekranie udaje się bowiem dostrzec utrwaloną chwilę, ale światło! - to już inna historia.
Wciąż słyszałam, że jest za ostre albo niewystarczające. Fotografom stale dokucza jego brak lub nadmiar. Trudno nim pokierować, nikt nie może nad nim zapanować.
Przynajmniej dzisiaj; przynajmniej w warunkach spatifu.
M mówi, że od piątku jestem już inna osobą. I znowu - znowu!- przyznam jej rację. Poprawiły mi humor, dodały energii i wiary we własną osobę, a nawet, co może byc zaskakujące, we własne siły. Dodały pewności siebie, podniosły samoocenę.
Nie chcę - rzecz jasna - zbyt sakralizować tej sesji, proszę mnie źle nie zrozumieć.
Po prostu pękam z dumy i już nie mogę doczekać się, gdy zobaczę te zdjęcia w najbardziej klasycznej formie na papierze fotograficznym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz