17 maja 2009

the story is

Historia zaczyna się od oczyszczenia.
W niedzielny poranek, A obudziła się wypoczeta i radosna jak skowronek. Spała prawie 12 godzin! Po dwóch dniach obfitujących w gwałtowne emocje jej ciało potrzebowało wypoczynku, a umysł znalazł ukojenie w snach.
Zregenerowana czuła się jak młidy bóg. Czuła, że może wszystko, ale czy Książe z Bajki czuł to samo? Czy wszystko wróci do starego porządku? Czy idylla będzie trwała, a dwa dni (najgorsze w ciągu ich niemal 3 miesięcznego związku) zburzą bukoliczny ład?
W ten sposób upływała niedziela - na niekończących się pytaniach i wątpliwościach kiełkujących w jej głowie.
Ucieszyłam się, że założyła wysokie obcasy - to jest zawsze dobry znak. Widocznie wszystko zaczęło wracać do równowagi. Znowu kręciła się dookoła lustra, zmieniając koszulki i spodnie, sprawdzając dodatki, za wszelką cenę dążąc do doskonałości.
M zabrała ją do kina na francuską komedię. "Mes stars et moi" to historia desperata, który ślepo zakochany w trzech aktorkach zapomina o bożym świecie. Do czasu, gdy pada ofiarą ich zemsty. Film przewidywalny do granic niemożliwości, dlatego momentami wydawał się nudnawy. To co sprawiło, że wypoczęłyśmy na seansie to francuski akcent i apetyczne zdjęcia wypieków (As-tu envie du macarron?). Choć szczerze wątpię, że trzy wątłe aktoreczki zmieściły tę ogromną charlotte dzieła Catherine Deneuve.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz