18 maja 2009

monday i'm in love

wtorek to był obiadek u babci, cudowna pogoda i pełnia szczęścia;
środa to mój kulinarny sukces (bezbłędna góra sałaty z bobem, wędzonym łososiem i miodowo-musztardowym sosem), powrót do domu M i najsłodsza (bo najbardziej niespodziewana) wizyta Księcia z Bajki w małym mieszkanku;
czwartek to miłośc i inne nieszczęścia z Księciem, szczęście na twarzy, ale kiełkujący w głowie smuteczek;
piatek to było ekstremum smutku, ze wszech miar ogarniające przygnębienie i M powiedziała, że wyglądam jak na samiutkim starcie depresji;
sobota to naprawianie błędów z piątku, jednocześnie desperacka i naiwna próba zażegnania konfliktu, a powietrze wypełniała niema prośba "zapomnijmy o piątku";
niedziela to było stąpanie po niepewnym gruncie na wysokich obcasach.

Jest poniedziałek, a po spotkaniu z Księciem czuję, jak całe moje ciało wypełnia się słodkim miodem. Dosłownie czuję jego ciepła konsystencję, kojącą moc i lecznicze właściwości.
Ale zaraz, zaraz: miodu czy Księcia z Bajki?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz