"Moją słaba strona jest też słuch - im więcej widzę, tym mniej słyszę. Co nie znaczy, że nie słucham".
Tak o swoich słabych stronach powiedziała szefowa działu mody magazynu Z.
Zastanawiam się nad tym zdaniem od wczoraj i wciąż nie trafia do mnie jego przekaz, kompletnie nie rozumiem sensu.
Jak można słuchac nie słysząc? To tak jak widzieć nie patrząc. Coś absurdalnego, absolutnie niemożliwego do zrealizowania.
Wyobrażam to sobie tak - szefowa działu mody owszem, słucha: wygląda na pochłoniętą słowami współrozmówcy, pozoruje, że połknęła haczyk konwersacji, a w rzeczywistości myśli o niebieskich migdałach, jej myśli eksploruję tereny kompletnie inne od tematu rozmowy. Wydaje się byc obecna, a w istocie nie jest w najmniejszym stopniu!
Co za kompletny brak szacunku!
Od razu odniosłam tą sytuacje do mojej osoby. No, może nie bezpośrednio do mojej, ale do przypadków związanych z moja osobą.
Czuję się w obowiązku oczyszczenia z zarzutów Księcia z Bajki. Oczywiście nie do końca, ale będąc między młotem (słuchac i nie słyszeć), a kowadłem (nie słuchac, ale słyszeć, co jest czystym absurdem!) skłaniam się ku opcji numer 1.
Nie jest to równoznaczne z tym, że mi to odpowiada, że teraz, Książę może mnie nie słuchac wcale. To jest po prostu czarny scenariusz, który zakłada dramatyczny wybór.
Po nim widzę od razu nieobecność, błędny wzrok. On nie słucha, dlatego nie słyszy. Myślę, że to o niebo lepsze od udawania w rodzaju postawy szefowej działu mody.
Mam nadzieje, że to tylko semantyczne nieporozumienie, coś w rodzaju błędu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz