8 lipca 2009

Zakupowy anachronizm

Przez kwadrans słuchałam o tym internetowym sklepie: ekskluzywne marki w przystępnych cenach. Chociaż brzmi to jak rys wirtualnego raju, zakupy tam ani trochę mnie nie przekonują.
Nawet jeżeli ceny obniżone są o połowę.
Nawet jeżeli zdjęcia są profesjonalne i udane.
Nawet jeżeli wydaje się byc najwiarygodniejszy.

Zakupy to przecież czysta przyjemność!
Dotykanie tkanin - ciepłej wełny, miękkiej bawełny, delikatnego jedwabiu, który subtelnie łaskocze palce, niezrównanego kaszmiru. Uwielbiam ich zapach, gdy są jeszcze całkiem nowe.
Zawsze wolę przymierzalnie z drzwiami zamiast zasłon. Dają mi więcej intymności i swobody. Bo dopiero w przymierzalni zaczyna się impreza.
Starannie rozwieszam ubrania dookoła siebie i zastanawiam się od czego zacząc. (Zazwyczaj nie przymierzam wszystkiego, co przytargałam ze sobą, bo gdy zostaje z tymi ubraniami sam na sam większość z nich traci w moich oczach).
Wybieram tylko to, w czym zakochałam się od razu. Te rzeczy, które nie wzbudzają odrobiny wątpliwości, do których jestem w pełni przekonana.
Pękając z dumy defiluje do kasy, gdzie następuje krótka wymiana z ekspedientką: przekazuje jej mój łup razem z kartą, wbijam cztery cyfry, naciskam zielony guzik i (wreszcie!) torba wraz z moim skarbem zawisa na ramieniu (uwielbiam sztywne papierowe torby na błyszczących tasiemkach).
Och, to brzmi tak prozaicznie, dowodzi konsumpcjonizmowi i doczesnemu podejściu do życia mojego (i sąsiednich) pokoleń, ale kto się nie zgodzi, że jest przesłodkie, przeurocze, a w poprawie nastroju skuteczne choc ulotne?

Nie istnieje taki wirtualny butik, który zapewniłby MI tyle zakupowej przyjemności i takich doznań jaki jest w stanie dostarczyć mi shopping w tradycyjnym sklepie.

(ps. SZOKORAMA, prawda, skarbie?)

1 komentarz:

  1. Bo, jak mawiała Marylin Monroe - pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy tak ;)

    OdpowiedzUsuń