Przed snem wietrzę jeszcze pokój. Przez okno wylatują resztki monotonnych powtórek, ostatnie obawy i odrobina stresu.
Matura 2010. O 8.30 dopalamy ostatnie papierosy przed szkołą, mówimy o głupstwach, raczej omijamy temat matur i śmiejemy się do rozpuku. To chyba sposób na stres, co? Zaraz przecież pójdziemy zrobić siku, wyjmiemy czarne długopisy i dowody osobiste.
Pod wyznaczona salą zebrał się tłumek, chociaż chodziliśmy razem do liceum, będziemy rozmawiać pierwszy raz (matura, jako sytuacja ekstremalna sprzyja brataniu się ludzi).
„Imię i nazwisko?” i zaraz przedefilujesz przez salę gimnastycznej do ławki, w której spędzisz następne trzy godziny.
Przed tobą - biel koszule, po prawej - biel, po lewej - biel.
W białych koszulach jesteśmy tacy szlachetni, u progu dojrzałości, wyglądamy jak z żurnala. One mają w sobie coś pozawerbalnego, niematerialny pierwiastek, który sprawia, że zadają tyle szyku? Są bezbłędne, wyglądają doskonale, olśniewają mnie i zachwycają. Białe koszule i papierosy, białe koszule i czarne długopisy, białe koszule i czarna kawa rano, "denerwujesz się, kochanie, ja jestem pewna, że będzie najlepiej, matura to bułka z masłem!".
Brzmi cudownie, tak maturalnie, tak podniośle, nie mniej jednak pogoda nie wywiązała się z zadania, przecież od lat była piękna. Matura to jest piękna pogoda, to jest słońce i plaża i majowy zapach powietrza.
(jeszcze pisemny francuski i ustne języki)
ale kasztany zakwitły
OdpowiedzUsuń:)
;))
OdpowiedzUsuńw dżinsach i białej koszuli zawsze witam lato...
OdpowiedzUsuń